• Załóż swoje konto!
    *
    *
    *
    *
    *
    Fields marked with an asterisk (*) are required.
You are here: Home O nas Opowiadamy o sobie

Opowiadamy o sobie

s_zaneta

Żaneta

Moje spotkania z Bogiem zaczęły się jakoś 7 lat temu gdy miałam 16 lat w niewielkiej wsi, w której mieszkałam. Moje dzieciństwo nie należało do zbyt udanych, ponieważ mój tato nadużywał alkoholu. Z tego powodu często zdarzały się w domu awantury –  tata, pijany, kłócił się z mamą. Podczas takich kłótni, jeżeli zdarzały się one w nocy, nie mogłam spać z powodu hałasu, albo ze strachu, że może to akurat teraz stanie się coś złego. Niestety najczęstszym powodem nieprzespanych były moje obawy. Wiem, że inni mogliby mi powiedzieć, że mam szczęście, bo mój tata nigdy nas nie uderzył. Ale myślę, że każdy człowiek posiada pewien poziom wytrzymałości, do którego potrafi wytrwać, potem już się łamie. Ja tez miałam taki moment, ale o tym później. Nie lubiłam chodzić do szkoły, bo będąc tam często słyszałam jak koledzy i koleżanki opowiadali o swoich ojcach, że są fajni i poświęcają im dużo czasu.

Więcej…

 
s_luke

Kasia

Kiedy byłam mała, marzyłam o tym, żeby zostać księżniczką – która dziewczynka nie ma takich pragnień? Sytuacja w domu była ciężka, na tyle, że uciekałam w świat wyobraźni. Potrafiłam spędzać godziny na wymyślaniu historii, w których odgrywałam główną rolę i w których wszystko kończyło się dobrze. Stąd zrodziła się moja późniejsza pasja do literatury. W najbliższym mi otoczeniu wszystko koncentrowało się wokół pieniędzy i materializmu. Nie było zdrowych relacji. Czułam się niepotrzebna i zagubiona, zbędna. Obiecywałam sobie, że nigdy nie pójdę w ślady moich rodziców czy innych członków rodziny. Robiłam plany. Myślałam wtedy, że wykształcenie i sukces zawodowy są kluczem do szczęścia.

Miasteczko, w którym mieszkałam i mieszkam do dziś wydawało mi się martwe. W moim życiu nie było Boga. Poprzez to, co mówili o nim w domu, jawił mi się jako okrutny tyran, któremu upodobało się zgnębić moją rodzinę na tyle, ile jest to możliwe. Nie rozumiałam też Kościoła, jego nauki, rytuałów. Koleżanki co niedzielę uczęszczały na nabożeństwa, a nawet częściej. Ja widziałam w tym fałsz i kłamstwo – ponieważ nic dobrego z religii nie przekładało się na moje życie. Jednocześnie, potępiałam siebie za to, że nie potrafię być dobra. Często robiłam różne rzeczy, których potem żałowałam, ale nie mogłam zawrócić. Nie umiałam przebaczyć czy przeprosić. Sądziłam, że to ja jestem jedyną osobą, której należało się coś – że byłam w jakiś sposób ważna i jeżeli widziałam to, co wydawało mi się prawdziwe – a inni nie, to brnęłam w to dalej, mimo że raniłam przy okazji innych. Czytałam książki – coraz więcej i więcej, chciałam znaleźć w nich receptę na życie – ale nic takiego się nie wydarzyło. Świat w nich ukazany tak bardzo różnił się od rzeczywistości, która mnie otaczała, że nie potrafiłam się w niej poruszać. Proste sprawy – jak rozmowa z koleżankami, wyjście po zakupy – sprawiały mi trudność. Jednocześnie gromadziło się we mnie coraz więcej bólu, złości, lęku – nie umiałam sobie z tym poradzić. Nocami płakałam w poduszkę i błagałam Boga o pomoc – usiłowałam Go przekupić różnymi obietnicami, chciałam żeby pokazał mi jak jest naprawdę – czy w ogóle istnieje, a jeśli tak, to co mam zrobić, żeby było lepiej. Nie było odpowiedzi. W związku z tym uznałam za możliwe, że Bóg jest tylko wymysłem ludzi. Zaczęłam interesować się magią – tymi sprawami, ale one też nie przyniosły rezultatów. Nie rozumiałam wtedy, że istnieje świat demoniczny, na równi z Bożym i że ten świat demonów osacza mnie coraz bardziej i bardziej. Miałam dziwne sny. Jakby ktoś przychodził i paraliżował moje ciało tak, że nie mogłam się poruszyć. To nawet nie były sny, bo budziłam się wtedy i wiedziałam, że ktoś jest obok mnie i że to on robi te różne rzeczy z moim ciałem. To było realne. A jednak wciąż nie miałam pojęcia z czym mam do czynienia. I tak trwały lata aż do ukończenia liceum i rozpoczęcia studiów.

W między czasie koleżanka opowiedziała mi o grupce chrześcijan, która spotyka się i rozmawia o Bogu. To był pierwszy raz. Za drugim byłam już po zerwaniu z moim chłopakiem i nie miałam pojęcia co ze swoim życiem zrobić, w którym kierunku pójść, czy odciąć się zupełnie od tych paru lat z nim spędzonych, czy dalej w to brnąć. Przy pierwszym razie wszystko to, co koleżanka opowiadała, spłynęło po mnie i wkrótce o tym zapomniałam. Przy drugim byłam bardziej otwarta, ale wciąż to, co mówiła uważałam za dość dziwne. Coś mnie jednak do tego ciągnęło i wiem teraz, że to był Duch Święty, który objawiał w moim sercu prawdę. Zgodziłam się na udział w grupie domowej, gdzie dowiedziałam się więcej o Bogu i zbawieniu. To był szok, ponieważ nigdy się z czymś takim nie spotkałam. Coś w głębi mnie, a był to diabeł, szeptało, że to kolejna z religii typu zielonoświątkowcy czy jehowi, ale z drugiej strony wszystko to, o czym mówiła moja koleżanka, a potem osoby z grupy, wydawało się być tak prawdziwe, tak bardzo prawdziwe, że nie mogłam tego zanegować. A zwykle negowałam wszystko, podchodziłam pesymistycznie i sceptycznie do nowych rzeczy i okoliczności. Jednak nie tym razem. Miałam przekonanie, że to jest coś, czego warto się uchwycić. Dostałam też odpowiedzi na tyle pytań, kłębiących się we mnie, a gromadzonych przez lata. Wcześniej myślałam, że piekło to nic złego, jedynie gorsza wersja nieba. Wiedziałam też, że nie jestem w stanie zrobić nic, co sprawiłoby, że zasługiwałabym na niebo. Tymczasem okazało się, że właściwie nic nie muszę robić, oprócz przyjęcia przez wiarę, że Jezus za mnie zmarł, oczyścił mnie z grzechów, postawił z czystą kartą przed Bogiem. I że Bóg jest dobry – to było takie niesamowite, a jednak prawdziwe. Że mnie kocha i nie ma wyjątków, że kocha wszystkich tych, których stworzył, tak bardzo, że posłał swojego własnego syna na śmierć za nas. Było to tak proste, a jednocześnie tak oczywiste i zachęcające, że parę dni później przyjęłam zbawienie. Od tego momentu minęły trzy lata, a ja wciąż odkrywam na nowo jak dobrze jest iść za Bogiem, zaufać mu i wierzyć w to, co robi i co obiecał. Powoli, między mną a Nim, buduje się relacja, która utwierdza mnie każdego dnia w przekonaniu, że jest On jedynym Bogiem, jedyną prawdą i naprawdę świetną osobą, do której mogę przyjść o każdej porze, z każdym problemem, a On pomoże mi to rozwiązać. Z wielu sytuacji czy problemów już mnie uwolnił, te wszystkie lęki i pokręcone myśli odeszły, a przecież jeszcze wszystko przede mną :)

Kasia
Gołdap
 
s_buzka

Beata

Odkąd pamiętam, zawsze wierzyłam, że Bóg istnieje. Jako prezent na Pierwszą Komunię, dostałam od cioci, która jest zakonnicą, Biblię dla dzieci. Bardzo chętnie ją czytałam, ponieważ w tej książce był On taki realny. Gdy dorosłam, z szacunku chodziłam do kościoła i przestrzegałam religijnych tradycji, a nawet uważałam się za osobę moralną. Jednak wiedziałam, że osobiście nie mam z Bogiem relacji, ani nie potrafiłam realnie powiązać Go ze swoim życiem. W mojej głowie zaczęły pojawiać się pytania: Co będzie po śmierci? Po co żyję? Dlaczego moje życie tak wygląda? Dlaczego mój tato pije i nie dba o nas? W pewnym momencie zaczęłam nienawidzić swojego ojca, pomyślałam nawet, że lepiej byłoby, gdyby nie żył, wtedy przynajmniej żylibyśmy spokojnie, bez kłótni i zastanawiania się, czy dziś wróci do domu trzeźwy. Nie potrafiłam tego znieść. Nie chciałam żyć jak moi rodzice, marzyłam o wielkiej, prawdziwej miłości i szukałam jej u kolejnych poznanych chłopaków. Oczywiście za każdym razem zawodziłam się w mniejszym lub większym stopniu. Nie miałam problemów z nauką. Zawsze miałam jakąś przyjaciółkę, znajomych, w końcu chłopaka, któremu na mnie zależało, ale wewnątrz brakowało mi poczucia wartości, pewności siebie, świadomości, że ktoś kocha mnie bezwarunkowo i że jestem komuś potrzebna. Obawiałam się też przyszłości. Pewnego razu (po jakimś nieporozumieniu z chłopakiem) było mi tak źle, że płacząc, prosiłam Boga, żeby, jeśli istnieje, zmienił coś w moim życiu, bo nie mam już siły i wszystko wydaje się beznadziejne.

W niedługim czasie skończyłam liceum i rozpoczęłam naukę w studium medycznym. Poznałam tam pewną dziewczynę, z którą się zaprzyjaźniłam. Zaskoczyło mnie w niej to, że mimo niełatwego życia (jej rodzice byli po rozwodzie, ojciec również był alkoholikiem i w jej domu działy się gorsze rzeczy niż w moim) była optymistyczna, szczera i otwarta. Wiedziałam też, że mogę jej zaufać i liczyć na zrozumienie. Poza tym miała jakieś niezrozumiałe „wsparcie z góry”, przychylność u nauczycieli, którzy dużo od nas wymagali i byli bardzo rygorystyczni. Zawsze też wychodziła cało z kryzysowych sytuacji, nie kłamała i przyznawała się do popełnionych błędów. Obserwowałam ją przez około rok, i coraz wyraźniej widziałam, że jest pozytywnie „inna”.

Pewnego wieczoru, podczas nocnego dyżuru w szpitalu, zaczęła mówić mi o Jezusie. Dokładnie o tym, że On przyszedł na ziemię w konkretnym celu – by swoją śmiercią na krzyżu zapłacić za moje grzechy, które oddzielają mnie od Boga (to by wyjaśniało, dlaczego Bóg wydawał mi się taki odległy). Mówiła, że żaden człowiek swoimi uczynkami nie jest w stanie zasłużyć sobie na zbawienie. To również już zauważyłam, tym bardziej, że od dłuższego czasu nie potrafiłam sobie z czymś poradzić. Wiedziałam, że jest to niewłaściwe, bałam się konsekwencji, wielokrotnie przepraszałam Boga i obiecywałam, że to ostatni raz... ale ciągle do tego wracałam. Moja koleżanka zapytała, czy wierzę, że Jezus umarł za mnie na krzyżu i czy możemy się razem pomodlić. Nigdy nie lubiłam długich pacierzy, różańców i litanii, ale zgodziłam się. W końcu zawsze wierzyłam w Jezusa. Nie wiedziałam co mogłaby zmienić ta modlitwa, ale pomyślałam, że przecież nie zaszkodzi.

Modlitwa była prosta i konkretna: ,,Panie Jezu, wiem, że jestem grzesznikiem i dziękuję Ci, że na krzyżu umarłeś za moje grzechy. Proszę Cię teraz byś zamieszkał w moim sercu, oddaję Tobie swoje życie i wyznaję Cię moim Panem. Amen”. Wydawało się, że nic szczególnego się nie wydarzyło. Jednak następnego dnia rano, gdy wracałam do domu, wiedziałam, że to nie była zwykła modlitwa. Miałam wrażenie, jakby ktoś wymienił mi całe wnętrze i że nie jestem już tą samą osobą. Nagle Jezus stał się realny! Wiedziałam, ze mnie kocha i zależy Mu na mnie - dlatego poszedł na taką straszną śmierć na krzyżu. ZROBIŁ TO DLA MNIE!!! Nie muszę już się bać śmierci. On rozumie co przeżywam, interesuje Go to i nigdy mnie nie zostawi. To był szok!!! Chciałam skakać z radości. Był październikowy jesienny ranek, padał deszcz, miałam przed sobą długą drogę do domu, a dla mnie wszystko wydawało się takie piękne, jakby była cudowna pogoda i świeciło słońce. Po jakimś czasie zorientowałam się, że Jezus uwolnił mnie od tego, z czym nie mogłam sobie poradzić!!! Zniknął strach przed śmiercią i przyszłością a On, swoją miłością, wypełnił całkowicie pustkę w moim wnętrzu. Przebaczyłam też ojcu. Gdy ktoś wybacza ci wszystkie twoje grzechy, nie jesteś w stanie nie przebaczyć innym. Właśnie tak zaczęła się moja przygoda z Bogiem. Nie zawsze jest łatwo, ale zawsze ze jest ze mną, prowadzi, pociesza, zachęca, wychowuje. Okazał się nie tylko realny wierny, ale również całkowicie zmienił moje życie. Po prostu zakochałam się w Nim.... i trwa to do dzisiaj.

Beti
Gołdap
 
s_kamczatka2

Kamczatka

Byłam ciekawym świata dzieckiem. Interesowało mnie wszystko. Od małego wierzyłam w Boga, w sumie tak mnie wychowano. Postanowiłam zostać ministrantką. W tamtym czasie było to coś nowego - dziewczyny ministrantki. Ale cóż. Pozwolono nam, więc bardzo się cieszyłam. Byłam bardzo gorliwa, często spędzałam w kościele godziny. Bóg był dla mnie kimś bardzo bliskim. A może tylko mi się wydawało? Po jakimś czasie emocje ustały i wszystko stało się rutyną. Czegoś mi brakowało.

 

Więcej…

 
s_luke

Łukasz

Cześć! Nazywam się Łukasz i chciałbym opowiedzieć jak to się stało, że zacząłem chodzić z Bogiem.

Wszystko zaczęło się, o ile dobrze pamiętam, gdy miałem 16 lat. Zaczynałem wtedy naukę w liceum. Po raz pierwszy usłyszałem, że Jezus umarł za każdego z nas, by zagwarantować nam niebo i chce być zawsze z każdym człowiekiem. Nie zainteresowało mnie to, bo szkoła pożerała całą moją uwagę i czas, a jedyne co mnie obchodziło to wyniki w nauce.

 

Więcej…